Małe jest piękne. Pyrgadykia – grecki raj

Posted By on 30 września 2018

Pojedźmy na wakacje do Grecji! Taki pomysł wpadł nam pewnego dnia do głowy. Planując niestety nie wzięliśmy pod uwagę cen nie tyle noclegów co jedzenia oraz paliwa. Na nasze miejsce docelowe obraliśmy sobie ciężko brzmiąca nazwę Vourvorou. Miejscowość została poobserwowana, zgooglowana, a decyzja definitywnie podjęta. Na miejscu jednak okazało się, że miejscowość nie jest tak urokliwa jak na zdjęciach (to chyba jakaś plaga podrasowanych nierealnych zdjęć), zatłoczona na maksa i w dodatku wokół niej są tylko płatne plaże. Brak jakiegokolwiek pobocza dla pieszych, pył, piach i popiół w zębach zanim przeszło się 100 metrów. Ceny noclegów nas odstraszyły, około 80 Euro z jedna noc w mikroskopijnej klitce z daleka od morza. Tak więc wszystko było na NIE. Bezowocne szukanie noclegu wyczerpało nas i malucha doszczętnie. Trzeba było sięgnąć po sprawdzone rozwiązanie booking.com Pierwszy lepszy w miarę tani nocleg na stronce, niezbyt duży dystans do pokonania, na jedna noc. Jutro poszukamy dalej.

Trafiliśmy do małej miejscowości Pyrgadikia. Nazwę ciężko wymówić, do hotelu trafić tez nie było łatwo. Niestety nie będąc Grekami wybieramy całkiem inne rozwiązania, tak więc z centrum miasteczka do hotelu trasa zajęła nam 15 minut zamiast 2. Drugi raz już nie popełniliśmy tego błędu. Hotel nazywał się ART. I faktycznie sztuką był wręcz zawalony, ale w pozytywnym sensie. Wszystko urządzone ze smakiem, bez przepychu. W jednej z sal siedziało dwóch Greków, paliło papierosy, popijało grecką kawę i o czymś żywo dyskutowało. Obrazek jak z filmu, artystyczna bohema. Cudo wręcz. Pokój też ma artystyczną duszę, pomalowane fikuśnie szaf i biurko wraz z krzesłem idealnie wpisały się w artyzm miejsca. Ponieważ hotel położony jest na wzgórzu, widok jest niepowtarzalny. Malutki tarasik, krzesełka idealnie sprzyjają winu przy zachodzie słońca. Tylko gdyby nie komary …. Opowieść można by snuć dalej. Kiedy opadła pierwsza euforia fascynacji miejscem okazało się, że niestety hotel jest dostępny tylko na jedną noc. Zaczyna się weekend i mnóstwo Greków, szczególnie z niedaleko położonych Salonik zmierza ku naszej oazie spokoju. Na darmo obeszliśmy wszystkie kwatery prywatne. Wszystko zajęte. Wybawieniem okazał się hotel ELLENA, zaraz przy wjeździe do miasteczka. Na pewno rzuca się wszystkim w oczy. Utrzymany w kolorystyce niebiesko – białej z typowo komunistyczną bryłą okazał się naszym wybawieniem. Na szczęście nie przestraszyliśmy się staruszki i jej chmary kotów, palącej papierosa za papierosem i nie rozumiejącej niczego w ząb. Ona chciała gadać po Bułgarsku lub niemiecku my po angielsku lub rosyjsku. Ale finalnie znaleźliśmy wspólny mianownik, dogadaliśmy się co do dat i cen. Jednak międzynarodowym językiem powinien być migowy i to taki toporny z chaotyczna gestykulacja rak, nie oficjalny. Zaskakujące dla nas było to, że wnętrze bardziej było zadbane niż fasada i również utrzymane z tradycyjnych barwach.

Po udanym poszukiwaniu noclegu wyruszyliśmy na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Wybór nie jest mały jak na miejscowość z dwoma małymi ulicami i kilkoma mniejszymi na wzniesieniu liczba 11 knajp i kafejek robi wrażenie. Miasteczko o tyle jest przyjemne, że wole jest od turystów, ci jedynie przejeżdżają tedy autokarami, życie toczy się tutaj codziennym torem.

Nazwa miasteczka znana już była w czasach bizantyjskich. Według historyka Herodota, wioska udzielała Persom pomocy wojskowej podczas wojen perskich. Miasto Stageira położone na północ od Pyrgadika, jest również znane jako miejsce narodzin Arystotelesa. Mówią o tym liczne znaleziska archeologiczne. Przez długi czas obszar Attyki należał do klasztoru Docheiariou na górze Athos, który miał tutaj oliwne gaje. W 1922 roku teren został przekazany przez klasztor greckim uchodźcom, którzy przybyli z Azji Mniejszej. Osiedlili się w Pyrgadikia i założyli tam nowoczesną wioskę. Ciekawe są pozostałości murów bizantyjskich, które oddzielały Półwysep Pyrgadików od reszty kontynentalnej części Halkidiki. To właśnie w okresie bizantyjskim miasto Pyrgadikia zyskało obecne imię. Po grecko – tureckiej wojnie wielu uchodźców z wioski Afthoni znalazło schronienie właśnie w Pyrgadiki. Do dnia dzisiejszego mieszkają tu ich potomkowie. Miasteczko zostało zbudowane w kształcie amfiteatru, w piękne bezchmurne dni widać z brzegów górę Athos.

Wokół Pyrgadiki jest wiele miejsc do plażowania. Najbardziej popularna plaża jest Kambos Beach. 1 kilometr długości i około 20-30 metrów szerokości. Czysta, a woda przejrzysta, w sam raz do snoorfkowania. Plata się dużo rybek różnego rodzaju. Jest tez bar na plaży, który w żaden sposób nie zakłóca odpoczynku. Nawet w sezonie nie spotka się tam takich tłumów jak nad Bałtykiem, nie trzeba wstawać wcześnie rano aby wbić sobie parasolkę czy zarezerwować miejsce parawanem. Zdarzyło się nam nawet, że w jeden z dni byliśmy na plaży sami!

Powiecie, że nudno, że ileż można w wiosce zabitej dechami odpoczywać. Otóż po obejściu miasteczka, bo zwiedzaniem raczej tego nazwać się nie da, człowiek pamięta układ ulic na pamięć. Tu port, tam zabytkowe domki, tu kafejka z zarąbiecie pyszna kawą, a tam kościół. W okolicy jest mnóstwo fajnych atrakcji, niekoniecznie związanych ze zwiedzaniem sensu stricte. My zdecydowaliśmy się powrócić do Vourvorou, ale tylko na krótką chwilę. Boat fun zapewnił nam rozrywkę o jakiej marzyliśmy. Słysząc piosenkę „Welcome to Saint Tropez” zawsze chciałam wygrzewać się na takiej łódce. No i się po części spełniło. Co prawda łódka nie była aż tak imponujących rozmiarów, ale przygoda jak najbardziej. Wynajem i cenę najlepiej ustalić przed przyjazdem, oszczędzi nam to późniejszych nieporozumień czy tez wyłudzeń cenowych. Standardowa cena za łódkę do 25 hp to cena około 70 Euro plus koszt paliwa (za jakieś 5h pływania 5 euro). Vasili zapozna was z zasadami BHP, trasami jakimi możecie pływać, a jakie są zabronione. Na pokładzie zawsze znajduje się mapka. Warto zaopatrzyć się w napoje i żywność, ponieważ na trasie rejsu nie ma sklepów. Pozostaje tylko wybrać kapitana i w drogę. Pływamy wokół archipelagu wyspy Disporos. Wyspa ta wraz z mniejszymi wyspami nazywane są Greckimi Karaibami, głównie ze względu na Białą plażę, która naprawdę robi wrażenie – niesamowita również do nurkowania. Po drodze miniemy szereg innych plaż, jedne są bardziej białe inne bardziej kamieniste, szuwarowe, jest tez zatoka piratów i wiele innych naturystycznych atrakcji. Międzyczasie można dryfować i łapać promienie słońca, które na wodzie są baaaaardzo ostre.

12 km od Pyrgadiki jest miasteczko z portem Ormos Panagias. To stąd dwa razy w tygodniu odpływają statki na rejs do klasztorów Góry Athos. Święta dla wyznawców prawosławia góra widoczna z wielu miejsc całego półwyspu, ponieważ przekracza 2000 metrów. Szczyt często pokryty jest śniegiem. Masyw góry leży na niedostępnym dla turystów terenie ponieważ od dawien dawna jest w posiadaniu mnichów prawosławnych, którzy zamieszkują jej zbocza, tworząc swoją własną autonomiczną Republikę Teokratyczną. Wstęp do niej mają tylko nieliczni, a kobiety wcale. Rejs statkiem nie może odbywać się bliżej niż 500 m od brzegu jeśli są na nim kobiety. Miejsce zachwyca dziewiczą przyrodą, niestety przez nas oglądana przez lornetkę, a także zabudowaniami klasztornymi, monastyrami, mostkami, kapliczkami, pustelniami. Niekiedy ma się wrażenie, że są to bardziej zamki obronne niż monastyry. Każdy z monastyrów jest w posiadaniu innego państwa (mniej więcej) i każdy przechowuje jakieś relikwie święte, zabytkowe księgi, inne kupę złota i innych kosztowności, których zwykły człowiek nie ma sposobności zobaczyć. Na teren góry Athos nie wolno wnosić sprzętu foto ani komórek, pobyt nie może być dłuższy niż parę dni i wymaga specjalnego pozwolenia. Góra Athos całości wpisanymi na listę UNESCO, a rząd grecki co roku dotuje klasztory sumą około 1mln euro. Granic strzeże policja, jest jeden urząd pocztowy, kursuje autobus oraz jest port.

Po drodze jest standardowa przerwa w miasteczku Ouranopolis, sama nie wiem czy miejsce to jest bardziej święte czy bardziej komercyjne. Ouranopolis jest bowiem brama do świętej Góry Athos. A otoczone jest paskudnymi knajpeczkami z podłej jakości żarciem i kupą chińskich pamiątek. Na sklep z rękodziełem ciężko jest trafić. Myślę jednak, że rejs wart jest waszej uwagi choćby po to, aby zobaczyć ogrom samej góry (na rejsie opływamy tylko jedną stronę góry) no chyba że macie chorobę morską, wtedy radzę się zastanowić, bowiem rejs w obie strony trwa około 5h.

  


Spodobał ci się tekst? Masz uwagi lub komentarze? Podyskutuj, polub, skomentuj. Dziękuję! Interesują cię inne wpisy o winie? Zajrzyj tutaj.

This article has 1 comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

By continuing to use the site, you agree to the use of cookies. more information

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close